Właśnie mija tydzień naszej podróży. Zgodnie z planem przenosimy się z północy Indii na słoneczne południe, żeby się porelaksować na gorących plażach Goa. Czas zatem na krótkie podsumowanie naszych pierwszych wrażeń.
Widzieliśmy już to, co jako pierwsze przychodzi na myśl o Indiach, tj. zapierający dech w piersiach Taj Mahal i krowy dostojnie przechadzające się ulicami miast oraz podróżowaliśmy najpopularniejszym tu środkiem lokomocji – rikszami. Wszędzie, gdzie się udajemy wzbudzamy ogromne zainteresowanie. Przez cały czas taksuje nas dziesiątki ciekawskich oczu. Przez ten okres pozowaliśmy do zdjęć conajmniej milion razy. Jeśli chcecie obejrzeć nasze najświeższe fotki szukajcie na hinduskim Facebooku. 
Pozowanie początkowo nas śmieszyło, z czasem jednak zaczęło męczyć i irytować. W końcu wymyśliliśmy grzeczny sposób odmowy, a mianowicie ustaliliśmy cennik opłat. Ja fotografuję się za 50 rupii, Kasia za 100, nieletni mają 50% zniżki.
Wszędzie jest BRUDNO!
Przy czym to słowo nabiera tu nowego znaczenia.
Jakby dobrze nam znany syf egipski lub tunezyjski przemnożyć przez 10 to dopiero wówczas mógłby syfowi indyjskiemu przybić piątkę. Puste opakowania po wypitych właśnie napojach, spożytym jedzeniu oraz resztki pożywienia lądują wprost na ulicy, tuż obok wymiocin oraz odchodów, nie tylko zwierzęcych.
Wielkim zaskoczeniem były dla nas publiczne toalety znajdujące się przy każdym większym skrzyżowaniu Delhi. Składają się one z trzech ścianek i muszli z człowiekiem na niej, usadzonym twarzą do ulicy. Musicie przy tym wiedzieć, że taki jegomość swobodnie może obserwować czy nie ucieka mu akurat autobus, bo nie jest niczym odsłonięty od jezdni. Toaleta w wersji Indian Style, w przeciwieństwie do opisanej powyżej Western Style, ma zamiast muszli jedynie dziurę. Wszystkich toalet jest niewiele, a indusów ponad miliard, więc jedną z zasad, których się tu nauczyliśmy jest to, że absolutnie, pod żadnym pozorem, nie chodzimy pod murami, murkami lub jakimikolwiek ściankami. Poza wielkimi jeziorami moczu, to również idealne miejsce do spluwania. Jedną z induskich używek jest czerwone coś do żucia w rodzaju tytoniu, sprzedawane w kolorowych sreberkach, trochę przypominających gumy. „Żujowizna”, jak ją ma w zwyczaju nazywać Kasia, barwi ich usta i zęby na czerwono oraz powoduje duży ślinotok.
Ruch uliczny
Światła, pasy ruchu, a nawet kierunki nie mają tu najmniejszego znaczenia. Pieszy nie ma tu pierwszeństwa nigdy i nigdzie, nawet na chodniku. Każdy jeździ jak chce, wolna amerykanka. Do tego dochodzi ciągły ryk klaksonów. Kasia ma po powrocie do kraju umówioną wizytę u laryngologa i ciekawi jesteśmy jaki ubytek słuchu jej wyjdzie podczas badania?
W pierwszej chwili zastanawialiśmy się jak będziemy przechodzić przez rzekę pojazdów na drugą stronę ulicy. Po paru próbach nauczyliśmy się po prostu wbijać pomiędzy samochody, riksze i motocykle. Jakoś nam się to udaje.
Motocykliści oczywiście jeżdżą tu bez kasków, a dzieci na przednich siedzeniach, wiadomo, bez fotelików.
Święte krowy
Nie wszystkie krowy w Indiach są niczyje. Część jest hodowana tak, jak u nas. Wszędzie natomiast pełno bezpańskich psów, zazwyczaj wychudzonych, chorych, często bez sierści i z okropnymi ranami.
Razem z krowami i psami w śmieciach buszują najczęściej świnie oraz osiołki, tak jakby i one nie posiadały właścicieli. Widzieliśmy także żerujące wielkie, drapieżne ptaki w centrum New Delhi.
W parkach oraz ogrodach otaczających tutejsze zabytki spotkaliśmy natomiast wiewiórki, papugi, kozice oraz małpki. Do pełni szczęścia brakuje nam już tylko słoni.
Bezpieczeństwo
Tylu kontroli osobistych, wykrywaczem metali i przeszukiwań plecaków nie przeszliśmy przez całe życie. Szczegółowe kontrole odbywają się nie tylko na lotniskach i dworcach kolejowych, ale także przed wejściem do zabytków, świątyń, stacji metra, a nawet centrów handlowych. Pod koniec wyjazdu nie będziemy potrzebowali lampek nocnych, bo dami będziemy świecić w ciemnościach.
W niektórych z tych miejsc bagaż musieliśmy zostawić w depozycie. Szczytem był Taj Mahal, gdzie plecaki mogliśmy w prawdzie wziąć ze sobą, ale już gumy, batoniki i Hallsy zostały zarekwirowane. Wynika z tego, że terroryści zatrudnili McGyvera i potrafią wysadzać budynki dropsami.