Agra

2012
01.24

Agra jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych Indii. Znajduje się tutaj jeden z 7 cudów świata.

Taj Mahal

To słynne mauzoleum wybudował cesarz Szach Dżachan dla zmarłej w 1631 roku żony Mumtaz Mahal. To idealnie proporcjonalny grobowiec zwieńczony ogromną kopułą. W jego narożach wznoszą się cztery okrągłe minarety. Ściany ozdobione są wersetami z Koranu oraz ornamentami kwiatowymi. Wewnątrz w komnacie grobowej, za marmurową, ażurową przesłoną, mieszczą się symboliczne sarkofagi małżonków.
Z budowlą sąsiadują dwa identyczne pawilony: zachodni – meczet oraz wschodni – sala zebrań.

Poza tym w Agrze

Twierdza Agra, którą zbudował na lewym brzegu Jamuny w XVI wieku cesarz Akbar w związku z przeniesieniem stolicy państwa Mogołów do Agry. Potężne mury z czerwonego piaskowca otaczają zespół zabudowań pałacowo-dworskich.

Po drugiej stronie Jamuny wznosi się Baby Taj czyli mały, elegancki grobowiec Itimad ud-Dauli. Był to teść Szacha Dżachana i jednocześnie wezyr cesarstwa Mogołów.

St. John’s College to budowla z czerwonego piaskowca nawiązująca stylem do architektury Fatehpur Sikri.

Okolice Agry

Fatehpur Sikri jest stolicą imperium Mogołów zbudowaną 1571 r. przez cesarza Akbara. Miasto  wymarło w 1585 r. z powodu braku wody, jednak zespół architektoniczny przetrwał w doskonałym stanie. Najważniejsze budynki to: urzekający dom tureckiej sułtanki, przepiękny Diwan-e Khas – pawilon prywatnych audiencji, budynek mieszczący sypialnię cesarza oraz pięciokondygnacyjny otwarty pawilon dla żon Akbara.
Poza częścią pałacową trzeba również zobaczyć Jama Masjid – wielki meczet górujący nad Fatehpur Sikri. Najważniejsze w meczecie są marmurowy grób Shejcha Salima Ćiśti oraz Buland Darwaza – wielka 54 metrowa Brama Zwycięstwa.

Mauzoleum Akbara leży w Sikandrze na przedmieściach Agry. Budowę rozpoczął sam cesarz, a zakończył w 1613 r. jego syn Dżachangir.

Zwiedzanie Agry podzieliliśmy na dwa dni, pierwszego zabytki znajdujące się w mieście, a drugiego, na zwiedzanie okolic wynajęliśmy kierowcę na cały dzień, co buło niedrogim, a praktycznym rozwiązaniem.

zGoa inny świat

2012
01.24

Jedno co jest pewne podczas podróżowania po Indiach to fakt, że Twój środek lokomocji na 100% nie odjedzie o podanym czasie, zapewne spóźni się nawet w stosunku do podanego czasu opóźnienia.
W niedzielę wieczorem ruszyliśmy z Agry do Delhi pociągiem, który początkowo miał spóźnić się pół godziny, potem oficjalne opóźnienie zwiększyło się do godziny. Ostatecznie pociąg odjechał kolejne pół h później. Noc spędziliśmy w naszym delhijskim hotelu, który na czas wycieczki do Agry opiekował się częścią naszego bagażu. Rano ruszyliśmy na południe Indii. Najpierw lot do Mumbaju, spóźniony jedyne 30 minut, a trzy godziny później drugi – do Dabolim w Goa. Samolot wystartował wprawdzie z tylko godzinnym opóźnieniem, ale po dotarciu do celu nie otrzymał zgody na lądowanie. Zrobiliśmy kilka dodatkowych kółek, po czym kapitan oznajmił, że kończy nam się paliwo i wracamy do Mumbaju, żeby zatankować. Po 50 minutach z ulgą usiedliśmy na znajomym już nam lotnisku, by za pół godziny znów być w przestworzach. Tym razem, po kolejnych 60 minutach, bezproblemowo wylądowaliśmy w Dabolim. Jednak późna pora zmusiła nas do zmiany planów. Zamiast do Palolem, pojechaliśmy do Panjim – stolicy Goa. Przy tej okazji zwiedziliśmy także Old Goa.

Południe Indii bardzo różni się od północy. Goa to była kolonia portugalska i widać wyraźnie wpływy tej kultury. Dominującą tu religią jest rzymski-katolicyzm. Wszędzie pełno starych kościołów i kapliczek oraz wiekowych hacjend i pałaców byłych właścicieli ziemskich. Domy pomalowane są na intensywne kolory – dominuje indygo, mango, orange, czerwony i fiolet – dzięki czemu wybijają się z otaczającej je, bujnej zieleni.
Całkowicie zmieniła się również pogoda. W końcu mamy nasze ukochane ciepełko, słońce i bezchmurne, błękitne niebo.
Wyraźnie odczuwamy też, że jest tu czyściej. Zaobserwowaliśmy także mniejszy ruch oraz że kierowcy mniej klaksonią. No i najważniejsze… picie piwa jest tu legalne, a Kingfisher (For sale in Goa only) dostępny jest w każdej knajpie. :)

Delhi

2012
01.24

W Delhi, poza opisaną poprzednio świątynią Sikhów, zwiedziliśmy Mauzoleum Hamajuna, które jest pierwowzorem Tadż Mahal. Spoczywa w nim drugi cesarz Indii z dynastii Wielkich Mogołów. Grobowiec zbudowany został w latach 1564-1572 przez najstarszą wdowę po cesarzu. To jest najpiękniejszy zabytek w Delhi.

Drugim ważnym zabytkiem jest Czerwony Fort. Nazwę swą zawdzięcza kolorowi piaskowca, z którego został zbudowany w latach 1638-1648 przez Szacha Dżachana.

Widzieliśmy również Purana Kila - stary fort wybudowany przez drugiego władcę dynastii Mogołów -Hamajuna. Najważniejszymi budynkami fortu jest wzniesiony w 1541 r. meczet Kila-e Kuhna oraz ośmiokątna dwupiętrowa wieża.

Zwiedziliśmy też cztery ważne delhijskie świątynie:

Dżama Masdżid – meczet zwany piątkowym z trzema wielkimi czarnobiałymi kopułami i parą bliźniaczych minaretów. Podczas piątkowych modlitw może on pomieścić 25 000 chłopa.

Dom modlitwy Bahaitów – świątynia zbudowana w latach 1980-86. W kształcie rozwiniętego 27-płatkowego kwiatu lotosu. Bahaici wymyślili sobie świątynię w której wyznawcy różnych religii mogą przychodzić tu na medytacje i uczestniczyć w obrzędach.

Hinduska Świątynia Ashkhardham wybudowana w 2005 roku z różowego piaskowca i włoskiego marmuru. Ten olbrzymi obiekt zachwyca bogatymi zdobieniami. W 2007 roku została ona wpisana do ksiegi rekordów Guinessa jako największa świątynia Hindi ba świecie. Niestety w świątyni nie można robić zdjęć, aparat i telefony musiały zostać w depozycie.

Birla Mandir – wybudowana w 1938 roku ku czci bogini Lakszmi i jej męża Wisznu. Jest to pierwsza świątynia w Indiach, gdzie nie obowiązywał podział kastowy.

Obowiązkowym punktem zwiedzania Delhi jest Brama Indii, czyli potężny łuk upamiętniający indyjskich żołnierzy, którzy zginęli w I wojnie światowej oraz w III wojnie afgańskiej. Przeszliśmy też od niej aleją Rajpath przez plac Vijay Chowk na wzgórze Raisina. Znajdują się tam bliźniacze bloki Sekretariatu czyli siedziby rządu, oraz parlament Indii i Pałac Prezydenta.

Dzięki jednemu dniu ekstra, który zafundowały nam koleje delhijskie widzieliśmy też pięciokondygnacyjną, najwyższą w Indiach wolnostojącą wieżę Kutab Minar. Sąsiaduje z nią strefa archeologiczna Mehrauli.

Po tygodniu

2012
01.23

Właśnie mija tydzień naszej podróży. Zgodnie z planem przenosimy się z północy Indii na słoneczne południe, żeby się porelaksować na gorących plażach Goa. Czas zatem na krótkie podsumowanie naszych pierwszych wrażeń.
Widzieliśmy już to, co jako pierwsze przychodzi na myśl o Indiach, tj. zapierający dech w piersiach Taj Mahal i krowy dostojnie przechadzające się ulicami miast oraz podróżowaliśmy najpopularniejszym tu środkiem lokomocji – rikszami. Wszędzie, gdzie się udajemy wzbudzamy ogromne zainteresowanie. Przez cały czas taksuje nas dziesiątki ciekawskich oczu. Przez ten okres pozowaliśmy do zdjęć conajmniej milion razy. Jeśli chcecie obejrzeć nasze najświeższe fotki szukajcie na hinduskim Facebooku. ;)
Pozowanie początkowo nas śmieszyło, z czasem jednak zaczęło męczyć i irytować. W końcu wymyśliliśmy grzeczny sposób odmowy, a mianowicie ustaliliśmy cennik opłat. Ja fotografuję się za 50 rupii, Kasia za 100, nieletni mają 50% zniżki.

Wszędzie jest BRUDNO!

Przy czym to słowo nabiera tu nowego znaczenia.
Jakby dobrze nam znany syf egipski lub tunezyjski przemnożyć przez 10 to dopiero wówczas mógłby syfowi indyjskiemu przybić piątkę. Puste opakowania po wypitych właśnie napojach, spożytym jedzeniu oraz resztki pożywienia lądują wprost na ulicy, tuż obok wymiocin oraz odchodów, nie tylko zwierzęcych.
Wielkim zaskoczeniem były dla nas publiczne toalety znajdujące się przy każdym większym skrzyżowaniu Delhi. Składają się one z trzech ścianek i muszli z człowiekiem na niej, usadzonym twarzą do ulicy. Musicie przy tym wiedzieć, że taki jegomość swobodnie może obserwować czy nie ucieka mu akurat autobus, bo nie jest niczym odsłonięty od jezdni. Toaleta w wersji Indian Style, w przeciwieństwie do opisanej powyżej Western Style, ma zamiast muszli jedynie dziurę. Wszystkich toalet jest niewiele, a indusów ponad miliard, więc jedną z zasad, których się tu nauczyliśmy jest to, że absolutnie, pod żadnym pozorem, nie chodzimy pod murami, murkami lub jakimikolwiek ściankami. Poza wielkimi jeziorami moczu, to również idealne miejsce do spluwania. Jedną z induskich używek jest czerwone coś do żucia w rodzaju tytoniu, sprzedawane w kolorowych sreberkach, trochę przypominających gumy. „Żujowizna”, jak ją ma w zwyczaju nazywać Kasia, barwi ich usta i zęby na czerwono oraz powoduje duży ślinotok.
 
Ruch uliczny

Światła, pasy ruchu, a nawet kierunki nie mają tu najmniejszego znaczenia. Pieszy nie ma tu pierwszeństwa nigdy i nigdzie, nawet na chodniku. Każdy jeździ jak chce, wolna amerykanka. Do tego dochodzi ciągły ryk klaksonów. Kasia ma po powrocie do kraju umówioną wizytę u laryngologa i ciekawi jesteśmy jaki ubytek słuchu jej wyjdzie podczas badania?
W pierwszej chwili zastanawialiśmy się jak będziemy przechodzić przez rzekę pojazdów na drugą stronę ulicy. Po paru próbach nauczyliśmy się po prostu wbijać pomiędzy samochody, riksze i motocykle. Jakoś nam się to udaje.
Motocykliści oczywiście jeżdżą tu bez kasków, a dzieci na przednich siedzeniach, wiadomo, bez fotelików.

Święte krowy

Nie wszystkie krowy w Indiach są niczyje. Część jest hodowana tak, jak u nas. Wszędzie natomiast pełno bezpańskich psów, zazwyczaj wychudzonych, chorych, często bez sierści i z okropnymi ranami.
Razem z krowami i psami w śmieciach buszują najczęściej świnie oraz osiołki, tak jakby i one nie posiadały właścicieli. Widzieliśmy także żerujące wielkie, drapieżne ptaki w centrum New Delhi.
W parkach oraz ogrodach otaczających tutejsze zabytki spotkaliśmy natomiast wiewiórki, papugi, kozice oraz małpki. Do pełni szczęścia brakuje nam już tylko słoni. :)

Bezpieczeństwo

Tylu kontroli osobistych, wykrywaczem metali i przeszukiwań plecaków nie przeszliśmy przez całe życie. Szczegółowe kontrole odbywają się nie tylko na lotniskach i dworcach kolejowych, ale także przed wejściem do zabytków, świątyń, stacji metra, a nawet centrów handlowych. Pod koniec wyjazdu nie będziemy potrzebowali lampek nocnych, bo dami będziemy świecić w ciemnościach.
W niektórych z tych miejsc bagaż musieliśmy zostawić w depozycie. Szczytem był Taj Mahal, gdzie plecaki mogliśmy w prawdzie wziąć ze sobą, ale już gumy, batoniki i Hallsy zostały zarekwirowane. Wynika z tego, że terroryści zatrudnili McGyvera i potrafią wysadzać budynki dropsami.

Indusi

2012
01.22

Jeśli chodzi o mieszkańców Indii, to poza wąsami, które nosi tu chyba każdy, w tym kobiety i dzieci, jeszcze kilka szczegółów zwróciło naszą uwagę.

Mężczyźni

Faceci w Indiach bardzo wylewnie okazują sobie sympatię. Chodzą trzymając się za ręce. Często się obejmują i poklepują. Nie stronią też od biżuterii. Noszą takie same pierścionki z kolorowymi oczkami, jak kobiety.
Lokalnym hitem są tu włochate sweterki wykonane, wyglądające jak dobrze przystrzyżony trawnik. Im bardziej kolorowe, tym lepiej. Szczytem luksusu jest wpleciona w nie połyskująca nitka.
W chłodne dni obowiązkowym elementem stroju jest szalik, obwiązany fantazyjnie wokół głowy. W efekcie czego pół Delhi wyglądało tak jakby ich bolały zęby.
Starsi panowie pokrywają siwe włosy henną, przez co uzyskują „cudny” rudy odcień. Dzięki temu ich czuprynki w końcu wyróżniają się z tłumu.
Ulubionym sportem północnych Indii jest krykiet.

Kobiety

Większość kobiet nosi tradycyjne stroje. Wszystkie panie, nawet najstarsze babinki, mają przekłute nosy, co u nas przystoi jedynie młodym osobom.
Ważnym uzupełniem stroju każdej elegantki jest złota biżuteria oraz obdrapane do połowy z lakieru paznokcie. W chłodne dni, do klapek noszą śmieszne skarpety z jednym palcem, zawsze w cielistym kolorze.
Największym zaskoczeniem dla nas są pomalowane na czarno oczy u niemowląt.

Hinduska punktualność

2012
01.20

Jesteśmy właśnie w pociągu relacji Delhi-Agra. Bach! Ooo, Kasia przed chwilą zabiła prusaka.

Brakowało nam jednego dnia na zwiedzanie Delhi? Już nie brakuje. Dzięki świetnej organizacji kolei hinduskiej i ponad 7-godzinnemu opóźnieniu udało nam się zrealizować cały nasz plan. Prosimy więc nie narzekać przy nas na polskie koleje. Bach!

Teraz już jest jasne, dlaczego w pociągu niby dziennym mogliśmy wykupić tylko miejsca leżące. Bach! Kiedy kupowaliśmy bilety, jeszcze będąc w kraju, chcieliśmy poczuć sie jak hrabiostwo i wzieliśmy przedział z klimą. Niestety szybko pożałowaliśmy tej decyzji, bo pomimo przeszywającego chłodu na zewnątrz klimatyzacja w pociągu działa nienagannie. Bach!

Wagon z kuszetkami wygląda nieco inaczej od naszych. Niby są przedziały 4-osobowe, ale oddzielone od przejscia jedynie kotarą. Dolne łóżka można zamienić w kanapy do siedzenia. Po drugiej stronie korytarza, za kolejnymi kotarami, również znajdują się miejsca leżące, ale są ustawione wzdłuż ściany. Bach!

Bach! Bach! Bach! Bach! Bach! Bach!…

Pociąg trasę 200 km jechał przez 8h, więc zamiast o 16 do Agry dotarliśmy o 6 rano. Podobno to przez „fog problem”. Coś chyba sciemniają, Mieczysław Fog już dawno przecież nie żyje, a o zmarłych źle się nie mówi. ;)

Wyżerka u turbaniarzy

2012
01.18

Byliśmy przekonani, że dobrze zaplanowaliśmy wycieczkę do Delhi. Zarezerwowaliśmy na zwiedzanie tego miasta trzy dni. Podróżujemy głównie metrem, które jest tu tak samo szybkie jak u nas transport z mleczarni. „Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada”, a mimo wszystko nie zobaczymy niektórych zabytków Delhi.
Może to wynikać z naszych ciekawskich charakterów, i faktu, że nie zawsze trzymamy się planu. Wczoraj, w drodze do kolejnego punktu programu zauroczyły nas barwne postacie wesołych brodaczy oraz muzyka dobiegającą z wnętrza pilnowanej przez nich świątyni. Ludzie w granatowych szatach, olbrzymich turbanach z podkręconymi wąsiskami i złoconymi szablami u boków okazali się przemiłymi Sikhami. Znacie ich na pewno z szalonego występu w hinduskim „Mam talent”, który robi furrorę u nas na youtubie. Po krótkiej rozmowie serdecznie zaprosili nas do zwiedzenia swojej świątyni, w której właśnie odbywały się modły. Gurdwara, czyli świątynia, składała się tradycyjnie z kapiącego złotem Sangat – miejsca modlitw ze świętą księgą Sikhów, oraz z Pangat – kuchni. Zgodnie z ich wierzeniem Pangat przeznaczony jest do serwowania pożywienia wszystkim wierzącym, pielgrzymom i gościom jako symbol braterstwa, jedności i solidarności. Tutaj wysocy i niscy, bogaci i biedni, uczeni i ignoranci, królowie i pospólstwo, wszyscy dzielą to samo jedzenie siedząc razem w jednym rzędzie. Z tego miejsca nikt nie ma prawa wyjść głodny.
Zaproszeni do wspólnego biesiadowania wzbudziliśmy olbrzymią sensację i poruszenie, jako jedyni biali, że cała sala postanowiła się przesiąść na maty wokół nas i wspólnie pałaszowaliśmy niezidentyfikowane jedzenie zapijając popularną tu bawarką z tych samych metalowych naczyń, co delhijska biedota. Kasia przez chwilę panikowała, że złapiemy gruźlicę, lub przynajmniej dostaniemy sraczki, ale jak do tej pory nic nam nie dolega. Więc chyba będziemy żyć.

Pierwsze wykroczenie

2012
01.17

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie skorzystali z możliwości napicia się piwka w dobrym towarzystwie.
Podczas pierwszego wieczornego spaceru po delhijskich zakamarkach, przechadzając się jedną z ciemnych ulic uwagę naszą przykuło dwóch młodych kolesi z piwkami w rękach pod garażem przerobionym na Liquor Shop. Podbiliśmy do nich z pytanim co piją. Okazało się, że to hinduski King Fisher, którego już próbowaliśmy będąc kiedyś w Dubaju. Kupiliśmy sobie dwa takie same i dołączyliśmy do indusów. Po paru minutach na pustej ulicy zaczęły się kręcić jakieś podejrzane indywidua. Szczególnie bacznie przyglądał się nam jeden typek z całą głową zawiniętą w szalik. Z pod niego widać było tylko oczy, które taksowały nas przez parę minut. Postanowiliśmy przenieść się w bardziej ruchliwe miejsce. Przystanęliśmy za jakimś załomem muru, żeby dokończyć piwko, ale okazało się, że szalikowiec poszedł za nami. Gdy się do nas zbliżył, dał ręką znak, żebyśmy schowali piwo i pokazał tajniaków spisujących naszych towarzyszy od piwka, co znaczy, że spożywanie na mieście nie jest tu legalne. Dzięki hinduski pseudokibolu. ;)

Welcome to Delhi

2012
01.17

Lotnisko krajowe w Mumbaju w przeciwieństwie do międzynarodowego jest bardzo nowoczesne, czyste i świetnie zorganizowane. Nie odbiega za bardzo od lepszych lotnisk europejskich.
Lot z Mumbaju do Delhi odbyliśmy na pokładzie tanich linii lotniczych Spice Jet, które swobodnie możemy polecić.
Delhi przywitało nas mgłą. Temperatura jest tu dużo niższa niż w leżącym 1200 km na południe Bombaju, a duża wilgotność sprawia, że zimno przenika całe ciało.
Tym razem hotelu szukaliśmy na induskich stronach Travel Guru i Make My Trip, które sprawdzają się tu dużo bardziej niż booking.com.
Mieszkamy w samym centrum Delhi za rozsądną kasę, chociaż z pewnością mają tu inną definicję „białego”. Ręczniki i pościel dawno już przestały przypominać ten kolor.
Trzeba tu przysłać Hajzera z Vizirem.
W naszym hotelu zaskakujące są niektóre niuanse, np zawsze jak wchodzimy do recepcji cała siedząca tam kilkuosobowa obsługa staje na baczność i stoi tak, aż nie wyjdziemy. A dziś rano pod naszymi drzwiami leżała świeżutka gazeta Hindustan Times. Przed chwilą gdy chciałem włączyć dodatkowe światło nacisnąłem jeden z przełączników, nic się nie zapaliło, ale w drzwiach pojawił się  bellmen z pytaniem w czym może nam pomóc. Klient nasz pannnn! :)

Lot do BOM

2012
01.16

image

Jeszcze nie dotarliśmy do Indii, a już mieliśmy przedsmak panującego tam chaosu – wystartowaliśmy z przeszło godzinnym opóźnieniem. Na szczęście 9cio-godzinny lot Boeingiem 777-300ER z Jet Airways minął nam błyskawicznie. Otwarty barek z wszelkimi alkoholami oraz zabawka w postaci panelu multimedialnego z licznymi filmami z holly i bollywoodu, grami video i dużym zbiorem muzyki sprawiły, że leciało nam się świetnie. Przez opóźniony start wylądowaliśmy dopiero po 24, co nas martwiło, bo nie mieliśmy jeszcze zarezerwowanego hotelu na tę noc. Cudem przedostaliśmy się na halę odlotów, żeby skorzystać z kafejki internetowej. Wpuszczają tam tylko pasażerów z biletami, ale strażnik nie doczytał, że bilet który mu pokazaliśmy jest na 14tą następnego dnia, tyle że na inne lotnisko. :)
Znaleźliśmy hotel z dobrymi opiniami w pobliżu lotniska, a kiedy udaliśmy się po prepaid taxi, znalazł nas dziwnym trafem naganiacz z tego hotelu dysponujący własnym transportem. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że to straszna dziura, a cena jak za Marriot, czyli ponad dwukrotnie większa niż w booking.com. Po krótkim teatrzyku z przenoszeniem walizek w tę i nazad udało nam się ztargować przeszło 3000 rupii, ale i tak mamy wrażenie, że słono przepłaciliśmy.
Klasyczny błąd początkujących: daliśmy się wciągnąć w rozmowę i skorzystaliśmy z oferty naganiacza.
Jutro lecimy do Delhi, będziemy na pewno ostrożniejsi.